Klaudia Jans-Ignacik: Skończyłabym karierę o wiele szybciej i nie pojechała do Rio

| Autor:

Klaudia Jans-Ignacik na US Open zakończyła swoją karierę tenisową i skupi się teraz na prowadzeniu reprezentacji Polski w Pucharze Federacji. W rozmowie z portalem Tenisplus.pl tenisistka ujawnia także swoje pozostałe plany na przyszłość, uchyla rąbka tajemnicy na temat swojego życia oraz komentuje niedawne zmiany w czołówce klasyfikacji najlepszych tenisistek.

Klaudia Jans-Ignacik clay
Carine06/Flickr.com / CC BY-SA 2.0

– Turniej US Open miał być dla Pani ostatnimi zawodami w karierze, niestety nie udało się wystąpić w turnieju głównym w parze z Iriną Falconi. Kiedy zapadła decyzja, że akurat na Flushing Meadows ma nastąpić pożegnanie z kibicami?

– Ta decyzja dojrzewała we mnie od dłuższego czasu. W sumie od początku roku wiedziałam, że chciałabym zakończyć na US Open. Zależało mi, żeby był to turniej wielkoszlemowy, a nie jakiś mniejszy później pod koniec roku. Wyjazd do Azji jest zawsze ciężki i wiedziałam, że to byłoby już ponad moje siły.

– Dlaczego akurat teraz postanowiła Pani zawiesić tenisową rakietę na kołku?

– To już był po prostu ten czas. Tak jak u każdego sportowca przychodzi taki moment, kiedy musi pożegnać się ze sportem, tak i u mnie nadszedł. Chciałam się już po prostu skupić na innych rzeczach, które sprawiają mi radość.

– Ogłaszając swoją decyzję, napisała Pani, że występ w Igrzyskach Olimpijskich był największym sportowym marzeniem, które spełniło się aż trzykrotnie. Wiedząc, że wkrótce nastąpi zakończenie kariery, jak przyjęła Pani wiadomość o kwalifikacji olimpijskiej do Rio, na kilka dni przed startem zawodów?

– To było najlepsze, co mogło mi się przytrafić. To, że w ostatniej chwili udało nam się pojechać na Igrzyska, jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że zakończenie kariery w tym momencie będzie najodpowiedniejsze i pomogło mi zrezygnować z kariery zawodniczej. Wiedziałam, że nic piękniejszego w tym roku mi się już nie przytrafi i to było takie zwieńczenie tej całej pracy.

– Co najbardziej urzekło Panią w atmosferze olimpijskiej w Pekinie, Londynie i Rio? Czy każda z imprez miała swoją odrębną specyfikę?

– Tak, Pekin to wiadomo, pierwsze Igrzyska wyczekane, wymarzone. Panowała tam niesamowita atmosfera i możliwość zobaczenia tylu sportowców nie tylko ze świata, ale i z Polski – rozmowa, wymiana doświadczeń. Do Londynu wiedziałam, że się dostaniemy z powodu wysokiej pozycji w rankingu. Występ tam wspominam najzimniej, ponieważ wszyscy przyjeżdżali tylko na sam start i od razu wyjeżdżali, więc nie było specjalnej otoczki. A Rio przez to, że było takie niespodziewane, przeżywałam jak moje pierwsze Igrzyska, dlatego zarówno Pekin jak i Rio mogę postawić na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o doświadczenia.

– Jak wspomina Pani swoje pierwsze kroki w zawodowych rozgrywkach?

– W tamtym czasie ciężko było mieć jakieś wzorce w Polsce, przebijała się tylko Magda Grzybowska, ale było to dla mnie wówczas bardzo odległe. Nie było też kogoś, kto mógłby mi pokazać, że w tenisa można grać dłużej niż do 25. roku życia i wszystko co ja i dziewczyny w moim wieku robiłyśmy, to było dość nowatorskie. Dopiero na sobie musiałyśmy zbadać wiele rzeczy, a obecnie dziewczyny mają wiele postaci, na których mogą się wzorować. Teraz cel widać w zasięgu wzroku, a kiedy ja zaczynałam, byłam jedną z tych, która przecierała szlaki. Nie było łatwo, ale cieszę się, że do 32. roku życia udało mi się być czynną tenisistką i przez 10 lat grać na najwyższym poziomie w cyklu WTA i na turniejach wielkoszlemowych.

– Na przestrzeni całej kariery miała Pani okazję grać przeciw wielu legendarnym deblom, jak choćby siostry Williams czy Martina Hingis i Sania Mirza. Jaki duet uważa Pani za najbardziej wymagający, z jakim przyszło się Pani zmierzyć?

– Muszę przyznać, że największym wyzwaniem była dla mnie gra z Liezel Huber i Carą Black, które były przez wiele lat numerem jeden, a także Lisą Raymond. One były takimi typowymi deblistkami, a obecnie coraz mniej dziewczyn gra w tym stylu. Siostry Williams grały bardziej singlowo, to były dwie singlistki, które dobrze radziły sobie przy siatce. Z kolei tamte potrafiły zagrać wszystko – z tyłu kortu, loba, woleja, więc muszę powiedzieć że na tą trójkę uwielbiałam patrzeć i faktycznie zawsze były najlepiej przygotowane do meczu.

– Sezon 2012 był dla Pani najlepszym w karierze, zwycięstwo w Montrealu i Strasburgu, najwyższa, 28. pozycja w światowym rankingu i wielkoszlemowy finał w parze z Santiago Gonzalezem. Kolejny rok była Pani wyłączona z gry z powodu ciąży. Czuła Pani trochę, że traci sportowo najlepszy okres w karierze?

– Nie miałam takiego poczucia. Co więcej, prawdopodobnie skończyłabym karierę o wiele szybciej i nie pojechała do Rio, tylko w wieku trzydziestu lat pożegnałabym się z tourem, bo chciałabym zostać mamą. Przez to, że urodziłam córkę wcześniej, to przedłużyłam sobie karierę jeszcze o te dwa lata. I choć w 2012 osiągnęłam wiele sukcesów, to dopiero po ciąży doszłam po raz pierwszy w karierze do wielkoszlemowego ćwierćfinału w Australian Open, czy osiągnęłam półfinał Indian Wells.

– Kilka miesięcy temu świat obiegła zaskakująca wiadomość o ciąży Wiktorii Azarenki. Wygląda na to, że od czasu Kim Clijsters tenisistki coraz częściej decydują się na wcześniejsze urodzenie dziecka i powrót do rozgrywek, widząc, że można wrócić potem do pełnej formy. Jak Pani ocenia proces powrotu do czołówki z własnej perspektywy?

– Wiele dziewczyn zdecydowało się na takie rozwiązanie. Kiedy ja wróciłam po ciąży to przynajmniej pięć tenisistek w tym samym czasie urodziło dziecko i kontynuowało karierę, więc pokazałyśmy innym, że można ponownie wejść na wysoki poziom, jeśli wszystko dobrze się zorganizuje i ma wsparcie w najbliższych.

– Czy córka dawała Pani dodatkową motywację do uprawiania sportu i zdejmowała presję wyniku, bo tenis przestał być najważniejszy czy wręcz przeciwnie, tęsknota dawała się mocno we znaki?

– Na początku tęsknota nie przeszkadzała, bo po dziesięciu latach ciągłych podróży ten dwunastomiesięczny czas spędzony w domu dał się we znaki i chciałam po prostu wyjechać, więc nie było ciężko. Później, kiedy córka zaczęła już trochę więcej rozumieć to nie chciała mnie puszczać i być cały czas ze mną, dlatego też teraz podjęłam taką decyzję, że już wystarczy – trzeba spędzić więcej czasu w domu, zająć się dzieckiem i realizować się w inny sposób.

– Mimo konieczności godzenia własnej kariery tenisowej z życiem rodzinnym, zdecydowała się Pani podjąć jeszcze jedno wyzwanie. Dlaczego skusiła Panią propozycja objęcia funkcji kapitana polskiej reprezentacji w Pucharze Federacji?

– Zawsze było to gdzieś tam z tyłu głowy, takie moje marzenie aby pełnić tę funkcję. Zawsze bardzo dobrze czułam się w drużynie, na wszystkich zespołowych rozgrywkach w Polsce i na Pucharze Federacji. Wiem, że mogę stworzyć dziewczynom fajne warunki i atmosferę oraz przekazać wiedzę, którą teraz mam, dlatego w tym roku sprawiało mi to ogromną radość i to jest to, co chciałabym robić teraz, po zakończeniu tenisowej kariery zawodniczej.

– Nie było Pani trudno podejmować decyzji, które dotyczyły Pani koleżanek z reprezentacji? Z dnia na dzień stać się w pewnym sensie ich zwierzchnikiem?

– Tak, to nie są łatwe decyzje, ale rozmowa z zawodniczkami zawsze dużo wyjaśnia i jeśli ma się do tego dobre podejście i wie jak, to zawsze da się porozumieć poza kortem.

– Napisała Pani też „do zobaczenia na tenisowym szlaku”. W tej chwili pełni Pani funkcję kapitana reprezentacji, a czy zastanawiała się Pani również nad rolą komentatorki czy trenerki w przyszłości?

– Rola komentatora nie pociąga mnie w ogóle, natomiast jeśli chodzi o trenowanie to bardziej w formie kapitana reprezentacji, koordynatora. Na tym chciałabym się skupić. Trenowanie zostawię takim typowym trenerom.

– Zostawia Pani tenis w dość przełomowym momencie. Po trzech i pół roku Serena Williams straciła prowadzenie w światowym rankingu na rzecz Angelique Kerber. Uważa Pani, że Niemka polskiego pochodzenia ma możliwości, by utrzymać się na szczycie i dołożyć kolejne wielkoszlemowe tytuły na swoje konto?

– Jest na najlepszej drodze do tego. Zrobiła ogromne postępy, nie tylko w sferze fizycznej, ale i mentalnej. Jej zachowanie na korcie i pewność siebie są teraz na najwyższym poziomie i myślę, że utrzyma to w następnym roku i nie będzie numerem jeden tylko na parę tygodni, ale może na kilka miesięcy.

ROZMAWIAŁ MATEUSZ BIAŁAS

Źródło: własne

Udostępnij: